marsz niepodległości 2014

Piąta edycja Marszu Niepodległości za nami. Jak co roku frekwencja coraz większa, ciężko oszacować liczbę uczestników na tegorocznym marszu. Zapewne oscylowała w liczbie od kilkudziesięciu tysięcy, aż do nawet sto tysięcy osób. Ze stolicy Wielkopolski już kilka dni przed marszem do Warszawy zjeżdżały pierwsze osoby, w tym część naszej załogi. Podobnie jak w latach poprzednich(2011, 2012, 2013) doszło do awantur i tym razem. Wielu rozpacza nad tym, że trwała wymiana różnego rodzaju ekwipunku z policją, znowu marsz został zniszczony, burdy zamiast świętowania itp.

Na początek przydałoby się wiadro zimnej wody na głowę, dla niektórych osób z grona organizatorów. Przypomnijmy, że te wszystkie awantury są po części wynikiem nieudolnej polityki rządu, jak i regularnymi prowokacjami policji. Kilka dni przed marszem słyszeliśmy, że wiele osób miało w swoich domach, miejscach pracy czy szkołach wizytację policji, która zadawała dziwne pytania dotyczące marszu, jak i w niektórych przypadkach konfiskowała komputery, dyski zewnętrzne, płyty z muzyką czy elementy garderoby patriotycznej. Już samego 11 listopada, wielu grupom nie było dane nawet dojechać do stolicy kraju. Wszyscy zatrzymani na trasie byli pod różnymi pretekstami przetrzymywani jak najdłużej. Słysząc o takich prowokacjach w człowieku, aż się gotuje agresja, by przy najbliższej okazji odegrać się i po części tak też było.

Do policyjnej prowokacji zdążyliśmy się już przyzwyczaić po doświadczeniach z lat poprzednich. Jestem przekonany, że i w tym roku miały one miejsce w trakcie marszu. Sporo osób twierdziło, że widziało grupki kilku osób, które bez sensu rzucały w kordony psów kamieniami, a po chwili, gdy awantura trwała w najlepsze, ich już nie było. Być może byli to „chuligani” WKS-u Wichura, którzy chcieli porzucać kamieniami, ponieważ u siebie na meczach boją się cokolwiek dymić, bo albo obawiają się konsekwencji, albo nie będą robić przypału własnemu klubowi. Natomiast tutaj chętnie zniszczą fajną inicjatywę, no i przede wszystkim jest mniejsze prawdopodobieństwo, że poniosą jakieś konsekwencje.

Trzeba to zaznaczyć, że było wielu takich, którzy chcieli się poczuć w tym dniu chuliganami. Ponieważ, na co dzień są zbyt słabymi zawodnikami, a z prawdziwymi chuliganami nie mają nic wspólnego. Nawet obok ich nigdy nie stali w jednym szeregu. Choć uważam, że ten margines społeczny, często też pod wpływem alkoholu nie rozpoczynał awantur. Robili to za nich tajniacy, którzy pierwsi wprowadzali zamieszanie, a ci idioci bez zastanowienia ruszali śladami tajniaków. Szkoda, że „rewolucję” prowadzili tylko przez określony czas, ponieważ potem zmuszeni byli uciekać na ostatni powrotny pociąg tego dnia…

Tacy ludzie nie mają nic wspólnego z prawdziwymi charakternymi chuliganami, a tym bardziej nie mają nic wspólnego z nacjonalizmem, a to jest istotne! Śmiało można nazywać ich swołoczą, która pod wpływem różnych używek podnosi swoje marne ego na MN. Nie dotyczy to oczywiście osób, które odpierały ataki policji i pewnie można ufać im w boju, a w swoich ekipach są osobami szanowanymi, bo tacy też walczyli z psami.

Jedno z przemówień członka Straży Marszu Niepodległości, było dość kontrowersyjne. Z jednej strony bluzga na tych, którzy po bokach dalej dymią z policją, a za chwilę wspomina o tym, że ich policja zagazowała na scenie… Może warto zastanowić się trochę nad sobą, bo z jakiej racji gazem mają obrywać osoby spokojnie stojące pod sceną? To jest wina policji, że nie potrafi tego ogarnąć w taki sposób, aby niewinni nie zostali poszkodowani. Prawdą jest też to, że im jest obojętne, kto dostanie z pały, komu gazem w oczy psikną czy kogo poleją polewaczką, po prostu nie ma to znaczenia. W końcu na kimś muszą odbić sobie te lata szkolnego poniżania przez swoich rówieśników.

Wracając do swołoczy, która przychodzi na MN nie wiedząc tak właściwie, po co tam się idzie. Ciężko nad tym zapanować przy takiej liczbie ludzi. Podczas Poznańskiego Czerwca w 1956 roku, kiedy ludzie wychodzili na ulicę, a potem na śmierć i życie walczyli z milicją. Znalazło się wśród nich sporo kretynów, którzy mieli gdzieś wspólną walkę, a przyszli tam by móc powybijać szyby sklepu i opróżnić jego wyposażenie. Czy ktoś dziś ujmuje idee wydarzeń w Poznaniu, nazywając jego uczestników bandytami? Bo jakaś grupka wtedy okradła sklep, a „brała udział” w protestach? Owszem wtedy tak mówiono, tak jak teraz mówi się o nas w mediach głównego nurtu. Liczba kretynów udających chuliganów na Marszu Niepodległości była taka, jak liczba zwykłych złodziejaszków podczas Poznańskiego Czerwca’56, bardzo nikła.

Gdyby wszyscy uczestnicy marszu byli nastawieni na konkretny dym, nie pisałbym tego tekstu a raczej bronił w tym czasie barykad na Warszawskim „Majdanie”. Wspomniane wiadro zimnej wody niech sobie wyleją na głowę ci, którzy na siłę próbują się tłumaczyć z awantur przy okazji ugrzeczniając swój wizerunek. Bądźmy poważni, bo przy takiej liczbie uczestników, to tak naprawdę nic wielkiego nie wydarzyło się w Warszawie, były to zaledwie małe starcia z policją. Należy stanąć twardo i przyjąć wszystko na własną klatę, a nie przejmować retorykę gazety wyborczej.

FM

Marsz Niepodległości 2014

Advertisements

Możliwość komentowania jest wyłączona.